Maria z Nazaretu

Maria z Nazaretu

Wszystkim młodym kobietom, które przygarnia pod swój dach, Maria Bienkiewicz z Fundacji „Nazaret” powtarza jedno: „Nie zabijaj, niech twoje dziecko zobaczy słońce”.

Ćwierć wieku temu, kiedy studiowała medycynę, koleżanka z akademii zapukała do drzwi jej mieszkania. „Nie umiem. Nie umiem sobie z tym poradzić” – powiedziała, drżąc.

Włożyła palto i poszły razem w listopadowy deszcz. W klinice, w wiadrze, w pokrwawionej szmacie leżały małe rączki i nóżki. „Dotknij” – powiedziała koleżanka, która chciała być położnikiem ginekologiem.

Maria uklękła. Zawahała się, ale sięgnęła do tego wiadra. Od tej pory nic nie było już takie samo jak wcześniej. Minęły 24 lata, a ona wciąż trzyma w rękach tamto dziecko…

Maria czy Magdalena

Przy szóstej ciąży lekarze ostrzegali mamę Marii, że nie da rady urodzić, że powinna ją usunąć.

„Ma pani przecież piątkę innych dzieci. Kto się nimi zajmie?” – argumentowali. „Bóg się tym zajmie” – postanowiła. Nie przeżyła porodu, zmarła razem z dzieckiem. Marysia trafiła do domu dziecka.

Był czas, że chciała zapomnieć wszystko, co przeżyła w tym domu. Nawet to imię: Maria. Po tym, jak zatrzasnęła za sobą jego bramę, zaczęła przedstawiać się drugim imieniem: Magdalena.

Oba dała jej mama. Teraz znowu używa pierwszego imienia. „To przez te dzieci. Za każdym razem, gdy się któreś rodziło, matki przychodziły je pokazać albo przysyłały zdjęcia. I pisały: „Dałam córce na imię Magdalena. Na pani cześć, pani Magdo”. A ja myślałam: „Przecież nie jestem Magdalena. Jestem Maria”.

W pokoju na Mokotowie ma mnóstwo książek i płyt. Z muzyką i filmami. Niektóre o miłości. Kilka o wojnie. Kilka o niej samej. Przyjaciele nagrali z telewizji, wypalili na CD.

Jest jeszcze album.

W albumie różne zdjęcia: noworodkowe, chrzcielne, szkolne. Jak to w albumie. Z każdej fotografii patrzą inne oczy: piwne, niebieskie, zielone, niektóre czarno-białe. Różne dzieci. Różne marzenia. Różne mamy i różni tatusiowie. Tylko gdzieś na dnie serca ten sam lęk.

„Psychologowie twierdzą, że jest w tych dzieciach syndrom lęku, pamięć, że miały nie przeżyć – kiwa głową Maria, która odnalazła swoje imię. – Tkwi to w ich psychice, nawet jeśli dzień, kiedy miały umrzeć, wypadał w piątym tygodniu od poczęcia”.

Bo Maria tak właśnie liczy życie.

Światło

Ile jest tych, co nie przeżyły, nikt nie wie. „Moja przyjaciółka, lekarz ginekolog, mówi, że sama zabiła ich ponad tysiąc”.

Gdy wtedy w tamtej klinice, gdzie dotknęła szczątek, wyszła na korytarz, zobaczyła dziewczynę. Siedziała, ręce trzymała na kolanach. Mokra, szara i bez życia. Magdalena nie musiała o nic pytać.

„Ty też przyszłaś tu zabić swoje dziecko?” – zapytała i nie czekając na odpowiedź, wyciągnęła do tamtej ręce. „A dokąd ja pójdę? – dziewczyna podniosła na nią oczy spuchnięte i sine. – Matka mnie wypędzi”. „Do mnie” – postanowiła Magdalena.

Wtedy, w stanie wojennym i w całym okresie Polski Ludowej, ginekolog nie mógł odmówić wykonania zabiegu przerwania ciąży, jak to się mówiło, a w praktyce – zabicia dziecka nienarodzonego. Dopiero od roku 1993, kiedy weszła w życie Ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, można odmówić. Można być obrońcą życia.

Jednak obrońcy życia i lewicowa inteligencja nie mogą znaleźć wspólnego języka. Jakby byli z innych światów i mówili innymi językami. Jedni widzą w krwawej plamie tkanek dziecko, drudzy embrion.

„Może to naprawdę inna cywilizacja? – zastanawia się Maria. – A może gdyby pani feministka wzięła kiedyś martwe dziecko do ręki, jej życie też stałoby się inne? Jak moje?”.

Może nawet tę jej Fundację – „Nazaret” – założyłyby razem…

Poddasze dla matek

Pytanie: „Gdzie ja się z tym dzieckiem podzieję?” powtarzało się później wielokrotnie. I wielokrotnie padała ta sama, jak wtedy, odważna odpowiedź: „U mnie!”. U mnie – znaczyło czternaście metrów kwadratowych na strychu na Chełmskiej, w chłodzie i wilgoci.

Kiedy powiedziała tak po raz pierwszy, musiała jeszcze stoczyć walkę z matką dziewczyny. „Sama usunęłam trzynaście ciąż, to i jej nie zaszkodzi!” – wrzeszczała kobieta. „Proszę wyjść!” – odpowiedziała ostro Maria, wtedy Magdalena. Może to była złość. A może tylko rozpacz, ale podziałało.

Kiedy liście opadły z drzew, mały człowiek otworzył oczy i mógł zobaczyć niebo. A gdy przyszła wiosna, wróciła na strych jego babcia. „Przepraszam – powiedziała – za te trzynaście ciąż”.

Magdalena była już konspiratorką. Najpierw tylko znajomi, potem i nieznajomi ginekolodzy wpisywali w kalendarzu obok daty umówionej aborcji numer jej telefonu. Przychodziła porozmawiać z matkami. Nielegalnie. Bo za komuny lekarz, który odmawiał aborcji, narażał się na utratę pracy.

Wtedy, w latach osiemdziesiątych, Polskę obiegły zdjęcia dzieci zabitych w czasie aborcji.

„Nauczyłam się robić zdjęcia, przemyciłam aparat i zrobiłam je. Chciałam, żeby ludzie doświadczyli choć w części tego wstrząsu, jakim jest spotkanie z zabitym, nienarodzonym człowiekiem. Przecież zabieg przebiega w taki sposób, że matka nie ma pojęcia o tym, jak wygląda jej dziecko. Nie mogłam uratować wszystkich. Nie mogłam wszystkich zabrać do siebie. Nie mogłam wszystkim tym dziewczynom sama kupić ubrań, załatwić przydziałów kartkowych, kupić jedzenia, pieluch, mleka… Potrzebowałam cudów”.

I cuda się wydarzyły. Takie comiesięczne, kiedy pod dom Marii przyjeżdżał TIR darów dla podopiecznych. Kierowcy zrzucali skrzynki na podwórzu, a ona niosła wszystko na strych. I upychała. I mieściło się. Jeszcze dla niej zostało miejsce.

„Kiedyś musiałam jechać pod Warszawę, do którejś z tych dziewczyn ze wsi, bo miała «termin zabiegu» następnego dnia. Brałam adres od przyjaciół lekarzy i jechałam. Gadałyśmy do drugiej nad ranem, czasem jeszcze dłużej. Wychodziłam w obcej wsi w grudniową noc. A tu koło mnie staje autobus. „Dokąd pan jedzie?” – pytałam. A on: „Do zajezdni. Na Chełmską”. I tak raz za razem…

Różaniec z kropelek

Była kiedyś dziewczynka, siedmiomiesięczna. Nie miała zobaczyć słońca.

„To trudna ciąża – lekarz mówił powoli. – Wszystko wskazuje na to, że dziecko będzie upośledzone. Proszę rozważyć, czy nie lepiej to przerwać”.

Matka płakała. Tydzień. Może dłużej. Upośledzone dziecko wydało się rodzicom próbą ponad siły.

„Zgoda” – odparła matka z oczami czerwonymi od łez i ściśniętym sercem. „Ustalmy termin” – lekarz sięgnął po notatnik.

Dwa dni później matka spotkała Marię.

„To chyba najtrudniejsze rozmowy… Z matkami, które boją się urodzić upośledzone dziecko. Przytuliłam ją. Nie mówiłam, że będzie zdrowe, nie obiecywałam. Mówiłam prawdę: «Nawet jeśli urodzi się chore, to znaczy, że Bóg tak chciał, że chciał nas doświadczyć… Gdybyśmy wszyscy mieli być tylko zdrowi, to przecież szpitale nie byłyby potrzebne, chorych można byłoby usunąć… Większość upośledzonych dzieci umiera przy porodzie lub chwilę potem. Pozwól mu się urodzić. I jeśli ma umrzeć, niech umrze godnie, jak człowiek. Nie każ mu być męczennikiem. Ma tylko 7 miesięcy»”.

A potem już tylko płakały…

„Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię; nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” – Maria modliła się słowami proroka Jeremiasza.

Dziewczynka urodziła się zdrowa. Kilka lat temu zagrała solowy koncert w Filharmonii Narodowej. Chrzestna córka Marii z Nazaretu.

„Całe pokolenia położników uczono, że powikłania ciąży to problem medyczny. A problemy należy usuwać. Jak migdałki – Maria rozkłada ręce. – To tkwi głęboko. Kiedy w komisji sejmowej mówię «zabijanie nienarodzonych», lewicowe feministki wnioskują do przewodniczącej komisji, żeby zwróciły uwagę pani Bienkiewicz, iż nie godzi się używać takiego słownictwa w odniesieniu do «zabiegu ratującego życie»”.

A Maria wciąż nie wierzy, że medycyna nie potrafi dać sobie rady bez zabijania.

Nie wiedziały, że jest wierząca. A ona w kieszeni obracała różaniec, który dostała od kardynała Wyszyńskiego, poświęcony przez papieża Pawła VI. Był z czerwonych paciorków.

„Jak z kropelek krwi – myślałam. Wchodziłam na korytarz szpitalny i widziałam siedem ekip zabiegowych w pogotowiu, siedem dziewczyn zdecydowanych na aborcje. Czułam stres tych lekarzy przez ściany, biegłam od jednej dziewczyny do drugiej i one wypisywały się ze szpitala. Brałam je jedną po drugiej. Do siebie”.

Na ten strych samotnych matek. Na Chełmską. Wilgoć płynęła po ścianach, bo Maria bez ustanku gotowała dziecięce ubranka, zbierane po znajomych i po nieznajomych. Wyprawki niemowlęce były przecież wtedy na karty ciążowe.

„Tak. Obiecywałam gruszki na wierzbie. Obiecywałam cuda. Że się nimi zajmę, że dziecko będzie zdrowe, że nie zabraknie im pieniędzy, pieluch, mleka ani dachu nad głową. Tak. Bałam się. Jechałam w sobotę do Częstochowy, stawałam w kaplicy i patrzyłam, jak ludzie niosą kwiaty. A ja nie mam kwiatów, Mamo – mówiłam, mam tylko te dzieci. Jedno bez domu, inne bez pieniędzy na życie. Jedno ma ojca schizofrenika i nawet jak się urodzi, to nie wiem, czy sobie poradzi…” A potem znowu zdarzały się cuda.

Cuda są możliwe

Jedno dziecko w albumie Marii jest inne. Chłopiec bez imienia. Ktoś zadzwonił, że na śmietniku mieszka dziecko. Pojechała. Chłopiec nie mówił. Nie znał odruchów cywilizacyjnych. Nie miał nawet metryki. Ciało miał w bliznach i ranach. Zabrała go do Fundacji Obrony Życia Dziecka.

„Gdzie dziecko? – zadzwonił kurator. – Proszę je natychmiast odprowadzić. Jak nie, dzwonię do prokuratury!”. „A ja do dziennikarzy. Pokażę im, do czego pan kurator dopuścił. Pokażę blizny po żelazku i papierosach” – nie przestraszyła się. Był rok 1994. Już się nie bała kuratorów i prokuratorów. Zamilkł, więc dodała: „Nie oddam go do domu dziecka”.

I chłopiec został. Znalazła mu rodzinę. Jest jedynym dzieckiem, które w albumie ma dwa swoje zdjęcia. Jedno z wesołego miasteczka. Drugie ze swego domu. Tego nowego, w którym nikt nie przypala mu stóp żelazkiem.

Ten chłopiec mówił do niej Maria, nie Magdalena. Bo wtedy odzyskała pierwsze imię.

Nie mieszka już na Chełmskiej. Teraz ma ciepło. I dużą kuchnię. I przedpokój z wielką szafą. Ale nie ma tam własnych rzeczy. Ma ubranka dla dzieci. Dla tych, co się dopiero urodzą, choć teraz ich mamy jeszcze o tym nie wiedzą. Jeszcze myślą o usunięciu ciąży. „O poszerzaniu granic wolności kobiety”, jak mówią jedni. O „zabijaniu nienarodzonych”, jak mówią inni. Wedle Światowej Organizacji Zdrowia jest ich 50-70 milionów rocznie. To w sumie taki kraj jak Niemcy…

Co się z nimi dzieje?

„Małe ciałka kończą w ubikacji, większe trafiają do Akademii Medycznej, a potem do utylizacji. Do spalenia. To samo spotyka dzieci z poronień. Matki nawet nie widzą ciał. Uważałam, że trzeba coś z tym zrobić”.

20 października 2005 roku w kościele św. Katarzyny w Warszawie Maria zorganizowała pogrzeb kilkudziesięciu martwo urodzonym dzieciom, w dziesięciu białych trumnach. Były ekipy telewizyjne i mnóstwo dziennikarzy. Wszyscy mieli łzy w oczach. Nawet pani z bardzo ważnej gazety. Płakała, ale nie pojęła. Potem napisała o wzruszającym „pogrzebie płodów”.

„Zakładamy Fundację, której celem jest budowa Narodowego Centrum Ochrony Życia i Ekspiacji jako wynagrodzenie za wszystkie dzieciobójstwa w Polsce i na świecie”. Powołanie Centrum było pragnieniem arcybiskupa Majdańskiego. Rozmawiali o tym długo, choć wtedy jeszcze Maria nie zdawała sobie sprawy ze znaczenia tego pomysłu: budowy szpitala, w którym leczono by syndrom postaborcyjny i inne skutki zabicia dziecka. „Będziemy tam uczyć lekarzy etyki – mówi teraz Maria. – Chodzi nie tylko o niezabijanie nienarodzonych. Chodzi o coś więcej: żeby już nigdy w telewizorze nie zobaczyć, jak lekarz zamyka gabinet przed chorym, mówiąc: «Panie, my teraz strajkujemy, bo za mało zarabiamy». Kiedyś być lekarzem znaczyło też być człowiekiem. A po co dzisiaj młodzi idą na medycynę? Nie ma piękniejszego zawodu. Centrum ma być miejscem, gdzie tę prostą prawdę lekarze będą mogli sobie przypomnieć, a także leczyć skutki zabicia dziecka”.

Zobaczyć słońce

Wszystkie zdjęcia w albumie Marii są małe, a tylko jedno wielkie. Prawdziwy plakat. Chłopak na nim przystojny jak Banderas albo Brad Pitt. „Jego rodzice mieli trzy córki – opowiada Maria. – Matka zabiła kolejną trójkę, to dziecko miało być następne. Miała trudną sytuację materialną, problemy ze zdrowiem. Gdy spodziewała się tego czwartego dziecka, robiłam wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby jej pomóc. Ale każdego dnia słyszałam: «Gdybym pani nie posłuchała, to nie musiałabym tak cierpieć»”.

Maria przyniosła jej do szpitala książkę kardynała Stefana Wyszyńskiego. Wtedy mama coś sobie przypomniała. „Wezmę. Znałam go, dawał mi bierzmowanie”. Natychmiast ze łzami w oczach uświadomiła sobie uśmiercenie trojga swoich dzieci. Właśnie wtedy powiedziała: „Będę prosiła Pana Boga, aby mi to przebaczył. Przyjmę od Niego wszelkie cierpienie, które na mnie dopuści, aby tylko wynagrodzić Mu te moje zbrodnie. Poproszę również, aby był to syn i aby otrzymał imię Stefan”.

Stefan urodził się zdrowy. Jego matka tuż po porodzie zachorowała. Dzisiaj jeździ na wózku inwalidzkim. Przebywa z osobami podobnie cierpiącymi – wiele z tych kobiet zabiło swoje dzieci, właśnie ze wskazań lekarskich. Niektóre usiłowały popełnić samobójstwo. Ona je ratowała – razem z dziećmi, które miały zginąć. Zajmuje się tym, co Maria. Mówi dziewczynom: „Nie zabijaj. Niech zobaczą słońce”.

Redakcja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.